Zarządzanie portfelem nie tylko dla bogatych
 Oceń wpis
   

Polskiej gospodarce udało uniknąć się recesji. Rządzący nie powinni jednak spoczywać na laurach. Polskie firmy bowiem ciągle narzekają na bariery biurokratyczne, których niestety nie ubywa. A szkoda, bo wprowadzenie nierzadko banalnych zmian prawnych stworzyłoby dobre warunki do rozwoju gospodarki.

Kilka dni temu PKPP Lewiatan przedstawiła "Czarną listę barier dla rozwoju przedsiębiorczości". Warto zapoznać się z tym raportem. Przedstawia on bowiem listę najważniejszych bolączek polskich firm wraz z propozycjami ich rozwiązania. Autorzy do zagadnienia podeszli w sposób bardzo szczegółowy, co mocno podnosi jego wartość. Co ważnego się w nim znajduje?

Najuciążliwsze dla polskich przedsiębiorstw od lat są przepisy dotyczące podatku VAT. Nie zanosi się jednak by miało się to w najbliższym czasie zmienić. Spora nowelizacja ustawy o podatku od towarów i usług, która weszła w życie z początkiem bieżącego roku jest dużym sukcesem, ale nie rozwiązuje wszystkich bolączek. Autorzy raportu twierdzą nawet, że w związku z nowelizacją mogą pojawić się kolejne, z tym, że firmy na razie ich nie komunikują. Wybrałem kilka barier, które mogłyby być zmienione od ręki a nie są (dlaczego?). Są to:
- zbyt wiele momentów powstania obowiązku podatkowego VAT;
- brak możliwości wystawienia zbiorczej faktury korygującej;
- brak możliwości przesyłania faktur w formie standardowego listu elektronicznego (e-mail) z załącznikiem w formacie, np. PDF (zupełnie dla mnie niezrozumiałe!);
- wyłączenie z zakresu kosztów uzyskania przychodu wydatków na reprezentację.

Nie tylko bariery podatkowe ograniczają szybki rozwój przedsiębiorczości. Równie uciążliwe są te, które wynikają ze stosunków pracy. Tu jednak wprowadzonych zostało w ostatnim czasie sporo zmian. Szkoda, że jedynie tymczasowych, wdrożonych wraz z pakietem antykryzysowym. Ciągle jednak przepisy prawa pracy mocno ograniczają przedsiębiorstwa. Pracownicy mają zbyt mocną pozycję, co często jest nielogiczne i powoduje niepotrzebne koszty po stronie przedsiębiorstwa. Dla przykładu, pracodawca nie ma nadal możliwości rozwiązania umowy z winy pracownika po 14 dniach jego nieusprawiedliwionej nieobecności. Dlaczego? Podobnych, niezrozumiałych przepisów jest niestety więcej.

Standardowo "mocną pozycję" posiadają także ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej. Trudno zrozumieć czym kierował się ustawodawca wprowadzając niektóre przepisy. Inne zaś, choć logiczne, są mało przydatne i powodują niepotrzebne koszty. Spółki mają nadal konieczność umieszczania aktualnej wysokości kapitału zakładowego i kapitału wpłaconego na pismach wychodzących, co powoduje konieczność przekazania na makulaturę nierzadko wielu ton papieru przy każdej zmianie. Eksperci zaś proponują by zmiany były nanoszone jedynie w przypadku zmian istotnych. Innym problemem jest "jedno okienko", które miało pomóc a zaszkodziło wydłużając nierzadko proces rejestracji firmy.

Raport PKPP Lewiatan zawiera niespełna 300 barier oraz propozycji ich likwidacji. Aktualne obowiązujące prawo jest niskiej jakości, najwyższy czas by to zmienić. Firmy skrępowane mniejszą ilością bezsensownych przepisów mogłyby bowiem zająć się tym do czego zostały stworzone. Z korzyścią dla gospodarki.

Raport dostępny jest pod adresem:

 
 Oceń wpis
   

Walutowe instrumenty pochodne od kilku miesięcy są jednym z głównych tematów poruszanych w mediach. Dotyczy to szczególnie opcji. Media przepuściły nagonkę na banki. To one są podobno wszystkiemu winne. Wpuściły dobrze prosperujące firmy na miny, aby osiągnąć zyski. A może gdzieś tu ktoś jeszcze znajdzie układ? Może było zlecenie z zagranicy na polską gospodarkę?

Jak czytam niektóre artykuły w prasie, to mam wrażenie że żyję na innym świecie. Firmy upadają i pracownicy tracą pracę. Nie mają zatem za co spłacać kredytów hipotecznych, które były zaciągane oczywiście w walucie obcej – winne banki! Media zrobiły na nie ogromną nagonkę. Pomogli w tym niektórzy politycy upatrujący winnych jedynie po jednej stronie. Ważne bowiem by grać pod publikę. Przy okazji powstało kilka mitów związanych z instrumentami pochodnymi.

Warto wyjaśnić, że standardowa opcja nie jest niczym skomplikowanym. Więcej, jest prosta jak budowa cepa. Także (podobno) „skomplikowane” strategie opcyjnie nie są takie straszne. Wystarczy przysiąść, pomyśleć i po chwili wszystko staje się jasne. Firmy dobrze wiedziały w co się pakują! Tym bardziej, że pracują w nich ludzie którzy z racji zajmowanego stanowiska powinni wiedzieć co to za instrument. A uczą o tym na pierwszym czy drugim roku studiów. No chyba, że w firmach najwyższe stanowiska zajmowały osoby „po znajomości”. Po tej samej znajomości dostawały one wysokie pensje. I teraz trzeba im pomagać a winę zrzucać na banki? Cóż, dla mnie to jest chore… Poza tym jest jeszcze jedna niezrozumiała dla mnie rzecz. Jak można było brać od banków kasę, gdy złoty się umacniał a teraz mówić „nie wiedzieliśmy co to opcje”?

Zresztą chore jest dopiero to, że spółki notowane na GPW spekulowały opcjami. Co jest w końcu ich przedmiotem działalności? Spekulacja na rynkach walutowych czy biznes na który dostały pieniądze od akcjonariuszy? Jeśli są teraz straty, to akcjonariusze powinni szukać winnych nie w bankach a w zarządach firm. Od czego one w końcu są? Powinny posypać się pozwy sądowe, bo tego nie można tak zostawić. Spekulować można sobie własnym majątkiem, ale nie firmowym.

Czy banki mogły być winne? Oczywiście, że tak. Nie twierdzę, że wszystkie transakcje były zawierane poprawnie. Jeśli są wątpliwości, to należy je rozwiązywać na drodze sądowej. Będzie to jednak długotrwały proces. Łatwiej bowiem rządzącym przychodzi opowiadanie bajek o tym, że można unieważnić opcje, od rozwiązywania problemów polskiego sądownictwa.

Boję się trochę, że przez to całe medialne zamieszanie z opcjami firmy przestaną zabezpieczać kontrakty w obcych walutowych. Mogłoby to mieć bardzo niekorzystny wpływ na ich sytuację finansową w przyszłości. Eksporterzy i importerzy mają swój biznes i (teoretycznie) znają się na nim najlepiej. Przewidywanie przyszłych tendencji na rynku walutowym to nie ich działka. I tu właśnie jest miejsce dla forwardów czy opcji. Ograniczają one ryzyko kursowe, oczywiście pod warunkiem że są odpowiednio dobrze stosowane. Ich posiadanie powinno być nawet swego rodzaju wyznacznikiem jakości kadry zarządzającej. Akcjonariuszom jest wtedy znacznie łatwiej oszacować przyszłe zyski, odpada bowiem znaczący czynnik ryzyka jakim są zmiany kursów walutowych.

Mam propozycję. Zamiast robić nagonkę na banki i kreować ciągle pesymistyczne wizje przyszłości, promujmy firmy potrafiące odpowiednio stosować walutowe instrumenty pochodne. A firm takich nie jest mało. Aktualnie trwa okres publikacji raportów za ostatni kwartał 2008 roku. Wystarczy poszukać a znajdzie się materiał na ciekawe artykuły. Dla chcącego nic trudnego. Właśnie, może z tą chęcią jest problem? Może jej nie ma bo temat taki byłby mniej medialny, mniej sensacyjny?

W każdym razie dam kilka przykładów o których warto pisać. Zarządzający tych firm wykonali kawał dobrej roboty. Nie było to specjalnie skomplikowane, wystarczyło się bowiem jedynie odpowiednio zabezpieczyć. Patrząc jednak na to co robili zarządzający–nieudacznicy z konkurencyjnych firm, gratulacje się jednak należą.

W połowie lutego Ambra przedstawiła bardzo ładny raport. Okazuje się, że nie byłby on aż tak ciekawy, gdyby nie zabezpieczenia kursu euro. Były one tworzone na poziomie 3,50 zł za euro. Zarówno teraz jak i na koniec grudnia złotówka była zdecydowanie słabsza. Stąd też straty na walutach zostały odpowiednio zrekompensowane a firma pokazała niezły zysk netto.

Innym przykładem może być Cyfrowy Polsat. Firma posiada wiele kontraktów w walutach obcych. Rozliczane są tak głównie opłaty licencyjne. I tu pojawia się problem zmian kursowych. Firma zabezpiecza się przed nimi. Na koniec ostatniego kwartału 2008 roku wycena kontraktów terminowych była dodatnia i wynosiła niecałe 20 mln zł.

Widać wyraźnie, że na opcjach, forwardach czy innych instrumentach pochodnych nie traci się, gdy umie się z nich korzystać. Od zarządzających firmami powinno się takiej wiedzy wymagać. Podstawy nie są trudne do opanowania a jeśli nawet finanse nie są domeną prezesa, to powinny być opanowane przez, np. dyrektora finansowego.
 

 
(D)efekt stycznia 2009-02-04 08:16
 Oceń wpis
   

Grudzień i styczeń są miesiącami w których inwestorzy oczekują sporych wzrostów. Koniec roku to tzw. „rajd świętego Mikołaja” natomiast początek roku to tzw. „efekt stycznia”. Zdziwili się jednak ci którzy wierzyli w magiczną moc tych miesięcy. O ile Mikołaj przyniósł minimalne zyski inwestorom, to styczeń zabrał je z dużą nawiązką.

Skąd się bierze „efekt stycznia”? Początek roku jest idealnym momentem na zmianę strategii inwestycyjnej i przebudowę portfela. Drobni inwestorzy wierzą, że instytucje generują w pierwszych tygodniach roku dodatkowy popyt. A skoro jest popyt, to i ceny muszą rosnąć. Ponieważ ceny mają rosnąć, nie warto sprzedawać akcji. Popyt jest duży a podaż mała. Efekty są więc proste do przewidzenia. Rozumowanie to jest proste jak budowa cepa, sprawdzało się jednak nadzwyczaj często. Warto zatem zapoznać się z poniższymi tabelami.

 

Historyczne zmiany indeksu WIG w wybranych okresach

 

Historyczne zmiany indeksu WIG20 w wybranych okresach

 

Co takiego się stało, że w tym roku zamiast efektu mieliśmy „defekt stycznia”? Zarządzający funduszami nie mieli większych powodów do „podkręcania” wyników na koniec roku. Wysokie premie bowiem dawno przepadły. Wydawało się jednak, że w nowy rok będą chcieli wejść z pozytywnym akcentem. Nawet pierwsze noworoczne sesje zdawały się potwierdzać takie rozumowanie. Niestety później wszystko się popsuło. Psuło się na większości światowych rynków, trudno zatem oczekiwać by giełda w Warszawie była oazą spokoju.

 

Zastanawiam się co napisać na podsumowanie tego krótkiego wpisu. Z faktami się nie dyskutuje. Grudzień był słaby, styczeń beznadziejny. Zresztą podobnie jak ostatnie kilkanaście miesięcy. Pocieszać tracących nie ma sensu. Wiadomo, że hossa na rynkach finansowych wróci, gdy pojawią się oznaki poprawy w światowej gospodarce. Teraz zaś trzeba przyzwyczaić się do bardzo tanich akcji i ewentualnie korzystać z okazji. Natomiast wszelkie inwestorskie regułki (typu wzrosty na przełomie roku) wypadałoby odstawić na bok. Aktualnie się bowiem nie sprawdzają.

 
 Oceń wpis
   

Choć trudno w to uwierzyć, są inwestorzy którzy w tym roku osiągnęli pokaźne zyski. W kwietniu będą musieli od nich zapłacić podatek. Najbliższy wtorek (23 grudnia) jest ostatnim dniem w którym podatek ten można obniżyć sprzedając przecenione akcje. Informacja może być również ciekawa dla inwestorów chcących powiększyć swoje straty.

Do rozliczeń podatkowych przyjmuje się datę rozliczenia transakcji przez KDPW. Ta jednak nie jest identyczna z datą realizacji zlecenia. W przypadku akcji obowiązuje zasada D+3 oznaczająca, że faktyczne przeniesienie własności następuje dopiero trzeciego dnia po zawarciu transakcji. W tym roku po świętach mamy jedynie trzy dni robocze, stąd ostatnia sesja przedświąteczna jest ostatnim dniem w którym inwestorzy mają szansę obniżyć swój podatek. Trzeba jednak zaznaczyć, że dotyczy to tylko akcji, posiadaczy obligacji obowiązuje zasada D+2 natomiast kontrakty terminowe KDPW rozlicza tego samego dnia.

Podatek i tak trzeba będzie zapłacić w przyszłości, czy zatem obniżanie podatku w tym roku ma sens? Chyba ma, zainteresowanie inwestorów tą kwestią jest duże. Gotówką będzie można obracać przez kolejne 12 miesięcy a tym samym jest szansa na dodatkowe zyski. Oczywiście jeśli koniunktura na giełdzie na to pozwoli. Aktualnie akcje spółek notowane są w dużej części po historycznych minimach, wskaźniki także sugerują że na giełdzie jest bardzo tanio. Część inwestorów może mieć dodatkową motywację nie tylko do pomniejszania zysków, ale i do generowania jak największych strat. Wszystko po to by w kolejnych latach jak najmniej oddawać fiskusowi. Straty można bowiem odliczać od zysku przez kolejne 5 lat (z zastrzeżeniem, że nie więcej niż 50 proc. w jednym roku).

Inwestorzy powinni pamiętać także o jednej ważnej rzeczy. W generowaniu strat nie wolno przesadzać, można być bowiem oskarżonym o działanie na pograniczu prawa. Ma to miejsce, np. wtedy, gdy akcje są sprzedawane a po kilku minutach odkupywane (co w sumie może być trudne przy mało płynnym rynku). W przypadku tym strata dla celów podatkowych zostanie odnotowana, natomiast skład portfela zmianie nie ulegnie. Inwestorowi trudno będzie wytłumaczyć szybką zmianę zdania, czy też to że transakcja była błędem. O tym czy warto specjalnie generować straty i narażać się na ewentualne problemy z fiskusem inwestor musi zatem zdecydować samodzielnie, on bowiem ponosi za to odpowiedzialność.

 

Korzystając z okazji chciałbym wszystkim czytelnikom życzyć zdrowych, spokojnych i spędzonych w rodzinnej atmosferze Świąt Bożego Narodzenia. W Nowym Roku zaś spełnienia marzeń oraz sukcesów inwestycyjnych.

Tagi: giełda, podatek
 
Akcje prawie jak lokaty 2008-10-29 00:25
 Oceń wpis
   

W ostatnich tygodniach analitycy giełdowi coraz częściej powtarzają, że właśnie teraz jest najlepszy moment na kupno akcji. Trudno się z nimi nie zgodzić. W wielu przypadkach mamy do czynienia z historycznymi minimami cen. Wskaźniki także potwierdzają, że spółki są bardzo tanie. Wg danych GPW C/Z dla spółek z indeksu WIG20 wynosi obecnie ok. 7 natomiast C/WK ok. 1,4. Dla spółek z innych indeksów są one jeszcze ciekawsze. I tak, np. dla mWIG40 C/Z = 5,81 a C/WK = 1,11!

Mimo bardzo niskich wycen trudno określić czy nie będą one jeszcze niższe. Sam jakiś czas temu pisałem o tym, że trudno oczekiwać by ceny akcji ciągle spadały. Myliłem się. Okazało się, że nigdy nie jest tak tanio, by nie mogło być taniej. I mimo, że fundamentalnie się nic nie działo, to psychologia odegrała swoje. W każdym razie zasada jest taka, że kupuje się tanio a sprzedaje drogo. Dołków i górek zaś się nie łapie, bo jest to praktycznie niewykonalne.

Chciałbym przypomnieć o wskaźniku, który w czasie hossy ma zazwyczaj marginalne znaczenie. Sytuacja zaś odwraca się podczas bessy. Chodzi o stopę dywidendy, czyli banalny wskaźnik mówiący o tym jaką procentową wartość aktualnej ceny akcji stanowi ostatnio wypłacona dywidenda.

Dlaczego ma on tak duże znaczenie? Okazuje się, iż w niektórych przypadkach jest on na tyle wysoki, że akcje możemy traktować jako obligację czy też lokatę, która po pewnym czasie przynosi pewny zysk. Pewny, to może określenie na wyrost, ale w chwili gdy mamy wyniki spółek za 3 kwartały (a właśnie trwa wysyp sprawozdań), możemy dosyć dokładnie prognozować zysk za cały rok oraz ewentualną dywidendę. Warto wspomnieć, że stopa dywidendy to wskaźnik wykorzystywany także przy wycenie spółek. W Polsce nie jest on zbyt popularny ze względu na fakt, że niewielka część firm dzieli się zyskiem z akcjonariuszami.

Poniżej zamieszczam wybór spółek z wysoką stopą dywidendy (dane z serwisu www.gpwinfostrefa.pl na dzień 28.10.2008).

AMBRA – 13,00
ATM – 10,80
KGHM – 35,70
GRAJEWO – 44,80
HANDLOWY – 11,70
KPPD – 9,00
MILLENNIUM – 5,50
MOL – 8,80
NORTH COAST – 14,20
PKN ORLEN – 6,60
PKO BP – 4,10
TP SA – 8,40
WARIMPEX – 11,30

Oczywiście powyższa lista jest tylko wyborem spółek. Zapewne nie są to najlepsze (i pewnie najgorsze także nie) z notowanych na GPW. Listę zrobiłem na szybko, na potrzeby krótkiego wpisu na blogu. Jeśli inwestor chciałby drążyć ten temat, to musi sam wyszukać firmy o interesującej stopie dywidendy a także sprawdzić czy jest szansa na podobną jej wypłatę w tym roku. Aktualnie można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że np. w przypadku KGHM dywidenda będzie mniejsza lub nie będzie jej wcale.

Pokażę użycie omawianego wskaźnika na przykładzie. Otóż załóżmy, że TP S.A. wypłaci w 2009 roku taką samą dywidendę jak w roku bieżącym czyli 1,50 zł na akcję. Aktualnie akcje możemy kupić na giełdzie za niecałe 18 zł. Oznacza to, że sama przyszła dywidenda stanowi ponad 8% dzisiejszej ceny akcji. Nie jest to mało. Kwota ta jest porównywalna z najlepszymi lokatami bankowymi.

Stopa dywidendy jest ciekawym wskaźnikiem. Pozwala szybko wybrać spółki, które powinny być dobre fundamentalnie. Poza tym inwestor może spodziewać się, że nawet w przypadku spadków na giełdzie uzyska przyzwoity zysk. Same akcje zaś sprzeda, gdy na giełdę powróci lepsza koniunktura. Trzeba jednak pamiętać o tym, że wypłata dywidendy w jednym roku nie oznacza wypłaty w kolejnym. Spółka może mniej zarobić czy też zwiększyć inwestycje finansowane kapitałem własnym. Ryzyko istnieje i jest dość spore. Niemniej inwestując na giełdzie warto mieć na uwadze spółki, które dzielą się zyskiem z akcjonariuszami. Warto podkreślić, że takie firmy zazwyczaj są wyprzedawane z portfeli na samym końcu a ich kurs jest znacznie stabilniejszy.
 

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |


Moje linki


Ulubione blogi
 
 



Najnowsze komentarze
 
2010-05-22 11:19
RoBo_invest do wpisu:
Końca barier w biznesie nie widać
Duza bariera dla przyszlych przedsiebiorcow jest to, ze niewazne czy jest jakis przychod od[...]
 
2009-12-05 12:42
RoBo_invest do wpisu:
Ostatnia szansa na zmniejszenie podatku
Optymalizujac podatek trzeba jednak pamietac co jest glownym celem inwestowania.
 
2009-10-26 15:16
RoBo_invest do wpisu:
Nie wszystkie firmy tracą na walutowych instr. pochodnych
Trzeba po prostu myslec jesli styka sie instrumentami pochodnymi. Ewentualnie trzeba wyciagnac[...]
 



Archiwum Bloga


 
Kontakt: portfel.bblog@gmail.com